Postanowiłem założyć bloga dlatego, że chciałbym dzielić się z Wami, Drodzy Czytelnicy, wszystkim, co mnie w jakiś sposób obchodzi. Tak, to dobre słowo - wymarzyłem sobie, że na moim blogu będę umieszczał własne przemyślenia, spostrzeżenia, interesujące dla mnie a mam nadzieję, że także dla Was informacje, okraszone komentarzem. Ktoś może pomyśleć, że takie rzeczy to są w każdym blogu - i będzie miał rację. Oryginalność mojego - i zarazem jej brak - polega na całkowicie subiektywnym podejściu do rzeczywistości.
O autorze
free counters

RSS
niedziela, 23 czerwca 2013
Samotność w wielkim mieście.

Tak, wiem. Temat tyleż żałosny, co powszechny, a że dopadł też i mnie, to przez to szczególnie bliski.

Wiem też co mówił Arystoteles, ale nigdy nie miałem szczególnie mocno rozwiniętej potrzeby uczestniczenia w życiu społecznym. Taki ze mnie typ, ciężko mnie poznać, ciężko poznaję innych, ciężko nawiązuję nie tylko przyjaźnie, ale znajomości w ogóle. 

Z uwagi na powyższe, kiedy zostałem wrzucony (na dobrą sprawę sam się wrzuciłem) w zupełnie nową rzeczywistość, to przeczuwałem pewne problemy adaptacyjne. Nie myślałem jednak, że będą aż tak poważne. Oto bowiem mija 10 miesięcy odkąd zawitałem w te wspaniałe strony, a osób z którymi mógłbym pogadać mogę policzyć na palcach jednej ręki. Przykre to, przyznaję, trochę dołujące również, niemniej wiedząc, że problem leży w moim usposobieniu nie bardzo wiem co mógłbym zrobić, żeby ten stan rzeczy odmienić. W końcu swojej natury i sposobu bycia nie zmienię w ciągu tygodnia. Więc trwam, w samotności, w świecie fikcji bądź przesadnie skupiając się na robocie. Ktoś mógłby rzec: trwasz, ale co to za trwanie. Zgodziłbym się.

No i właśnie. Dochodzimy do sedna. Skoro o tym piszę to pewnie jednak odczuwam pewien dyskomfort związany z zaistniałą sytuacją. No właśnie. Tyle, że nie bardzo wiem jak zareagować, by nie obudzić się za 5 lat w dokładnie tym samym miejscu życia, z dokładnie identycznym problemem, który spowszednieje mi do tego stopnia, że ta samotność przestanie przeszkadzać. A przeszkadzać zacznie towarzystwo. Po co o tym piszę? Bo wiem, że po drugiej stronie kabla podobnych ludzi jest całkiem sporo. Niech więc mój wpis będzie przestrogą (a co mi tam, czuję się w takich chwilach jak wieszcz, nauczony doprawdy przebogatym doświadczeniem). Niech będzie przestrogą, żeby nie okazało się za te 5 lat, że dla Was, moi drodzy, też jest odrobinę za późno.

Na koniec całkiem dobra ilustracja, jak sądzę. A przynajmniej dobra muzycznie. Widzimy się za czas jakiś.

 
22:37, spacer-po-linie
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 października 2012
"Bo czasem zmiana jest wszystkim."

Tym razem jest mi tylko trochę przykro, że nie zaglądałem tutaj częściej. Powód jest prosty - chyba nie miałem zbyt wiele do napisania, choć - paradoksalnie - zaszły dość spore zmiany (jak w tytule) których przemilczeć chyba nie sposób.

Najważniejsza i najbardziej druzgocąca jest taka, że pewien etap w życiu się skończył i - jakkolwiek śmiesznie to dla niektórych zabrzmi - przestało się być studenciakiem. Wielki ból, wielka zgryzota, szereg rozczarowań i zwątpienia. Dorosłość, ta prawdziwa, z piętnem samodzielności, oficjalnie SSIE.

Druga ważna zmiana to fakt, że znalazło się robotę. Taką prawdziwą, na stałe, bez większej możliwości zarzucenia jej po tygodniu - nie ma, że coś się nie podoba i można się wykręcić. Skoro jest umowa, na dodatek na stałe, to tylko wariat w dzisiejszej rzeczywistości by się z tego wymontował. Czy jestem takim wariatem... się okaże. Robota jak robota, nie ssie tak bardzo, ale jednak ssie.

Kolejna ważna zmiana, bo tak naprawdę chyba wszystkie ostatnio były ważne, to przeprowadzka. Zostawiwszy to, do czego się człowiek zdążył przyzwyczaić nieważne, jak kiepawo było i przywitawszy obce i nieprzystosowane dla żadnego normalnego człowieka miejsce dochodzę do znanego z powyższych punktów wniosku: Piła Wojenna Siti... ssie. Bez urazy dla mieszkańców, w końcu można mi zarzucić, że jestem z prowincji. No i nie podoba mi się jeszcze, że połowę wypłaty muszę oddać cwaniakowi, któremu zdarzyło się odziedziczyć mieszkanie do wynajęcia. Z resztą mniejsza o to, nudnawe szczegóły zostawię dla siebie.

Tak sobie teraz myślę, że jeśli będzie coś, co mi się w tym nowym życiu spodoba, to o tym tutaj napiszę. W końcu zaczynam od zera. Nowy początek. "Czasem zmiana jest wszystkim". I myślę sobie, że nowego znaczenia nabiera też tytuł bloga - świat saute. Bo jest saute bez wątpienia. Życzę sobie (bo nie ryzykuję, że mam stałych czytelników i mógłbym życzyć komuś jeszcze) że wytrwam. Przynajmniej jedna rzecz byłaby jak należy. A tymczasem - czas spać. W końcu trzeba się wyspać do roboty. A to, rzecz jasna, ssie najbardziej.

 

Może to infantylne, ale nie zrezygnuję z dodawania, nazwijmy to, ścieżki dźwiękowej. Zwłaszcza, że pasuje jak nigdy.

 

23:12, spacer-po-linie
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 kwietnia 2012
I am my own ragged company

Długo zbierałem się, żeby napisać tutaj coś, co miałoby ręce i nogi. Nie wiem, czy mi wyjdzie - po prostu spróbuję napisać to, co gdzieś tam teraz siedzi mi we łbie i za nic nie chce z niego wypaść.

Najlepiej będzie jak zacznę swój ekshibicjonistyczny wywód od początku.

Jestem typem człowieka, który za cholerę nigdzie nie potrafi się "wpasować". Tak, to dobre słowo. Inaczej: nigdzie nie pasuję (wiem, elokwencja bije ode mnie na kilometr). Problem tkwi pewnie w tym, że nie do końca umiem się komunikować z ludźmi. A konkretniej: umiem prowadzić niezobowiązujące rozmówki (jestem w nich prawdziwym mistrzem) ale nie potrafię pogadać z kimś tak naprawdę, z całym tego dobrodziejstwem i niedogodnościami. Czyli stworzyć jakiejś więzi, relacji, cokolwiek. Zmierzam do tego, że tak naprawdę to ja kurde nie lubię ludzi. Nie to, że wolę być sam. Po prostu wszystko we wszystkich mnie denerwuje, a moje zachowanie denerwuje mnie jeszcze bardziej. Błędne koło, z którego ciężko mi wyjść. I tak obracam się wśród ludzi, których tak naprawdę nie lubię, gadam o rzeczach, które mnie tak naprawdę nie obchodzą i wiem, że w każdej innej sytuacji, z kimkolwiek innym byłoby dokładnie tak samo.

Wiem, wiem, urzekła Was moja historia. Sam się trochę zastanawiam, czy świat jest tak urządzony, czy to ja jestem samolubnym dupkiem czy potrzebna mi wizyta u specjalisty. Pewnie wszystko w jednym. Niemniej dobrze jest wypluć to z siebie, przynajmniej tutaj, zawsze ktoś wpadnie, przeczyta, może się zaduma, może zaśmieje, nieważne. Ważne, że jest takie miejsce, gdzie mogę to napisać nie musząc z nikim o tym gadać twarzą w twarz, a i tak zostanę wysłuchany. (Jeśli macie wrażenie, że sam nie wiem o czym piszę to jest ono słuszne).

Na koniec chyba trzeba wstawić jakiegoś songa, co by tradycji stało się zadość.

W takim razie - przed państwem Grace Potter & the Nocturnals, najlepsze wykonanie "live" jakie dane było mi kiedykolwiek usłyszeć.

Wklejam też tekst, bo jest kurde naprawdę dobry.

O lord I think I'm falling
To my disbelief
I'm cursing like a sailor and lying like a thief
It's hard to heed the calling from the better side of me
When I'm blaming everybody else and no one's coming clean

O lord can you see my thick skin wearing thin
And the demons of a lesser me are beckoning me in
Those who gathered'round me - I'm watching them all leave
Cause I am my own ragged company

You can take a trip to china or take a boat to Spain
Take a blue canoe around the world and never come back again
But traveling don't change a thing, it only makes it worse
Unless the trip you take is in to change your cruel course
'Cause every town's got a mirror and every mirror still shows me
That I am my own ragged company

O lord it's lonely, lord it's mighty cold
And I don't want to live this way
Afraid of growing old

It's hard to heed the warning when you cannot see the crime
The only way to remember is to forget in a rhyme
And I'm scared to tread the red road that leads to galilee
Cause I am my own ragged company

 

23:24, spacer-po-linie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 lutego 2012
Obrzygana Kate Winslet

Wiecznie niezadowolony łażę ostatnio ulicami tego doprawdy dziwacznego i dziwacznie urządzonego miasta, które noszą tak samo niezadowolonych mieszkańców jak ja sam. Do tego zimno i wieje, co specjalnie nie przekłada się na wzrost mojego (i nie tylko mojego) zadowolenia. Jeśli napiszę, że przy okazji złapałem grypę czy coś takiego i podczas mycia krzywych zębów (obrzydliwą w smaku pastą, której z czystej oszczędności nie zamierzam wywalić) widzę w lustrze czerwonymi i napuchniętymi oczami człowieka, którego tak naprawdę nie rozpoznaję - to tylko wierzchołek tego niezadowolenia.

Nie ma co doszukiwać się powodów, nie ma co szukać rozwiązań. Niech wystarczy, że wcale nie chce mi się żegnać z tym stanem, zwłaszcza, że takie wkurwienie dobrze mi robi. Odzywa się we mnie egoistyczna natura, przestaję być potulnym i grzecznym chłopięciem i mówię to, co myślę albo czego tak naprawdę chcę. No, może przesadzam, ale łatwiej przychodzą mi pewne rzeczy, które normalnie z różnych względów przez gardło by mi nie przeszły. Niektórzy nazywają to asertywnością. Inni powiedzieliby, że tchórzliwy ze mnie gnojek i takie przebłyski tym gorzej o mnie świadczą. Osobiście zgadzam się z jednymi i drugimi.

 

Wyżej umieszczona pieśń bardzo się podoba. Zwracam szczególną uwagę na tekst. Warto się zagłębić.

Oczywiście zapomniałem napisać, o co chodzi z tą Kate. Zainteresowanych odsyłam do "Rzezi". Czasem mam ochotę zrobić to, co bohaterka grana przez panią Winslet. Szczerze.

15:58, spacer-po-linie
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 stycznia 2012
Ten parszywy 2011, z nadzieją na nie mniej parszywy 2012

Nadszedł więc ten długo oczekiwany Nowy Rok. Czas zmienić swoje życie, wymyślić masę dziwnych postanowień i ich nie dotrzymać oraz kontynuować użalanie się nad sobą - jak wiemy, tego nigdy dość.

Drodzy Moi, mówią, że początek roku to doskonały czas na podsumowanie tego, który odszedł do lamusa. Mam zamiar pokusić się o takowe, tylko czy w ogóle jest co podsumowywać? Zobaczmy.

Na uczelni przyszło nowe. I bum, jak zwykle zauroczenie bliżej niezidentyfikowanym obiektem, który to obiekt okazał się być szczęśliwie związany, więc postanowiono, że obiekt nie nadaje się zupełnie do niczego i że należy ów obiekt przestać w ogóle zauważać, nie mówiąc już o bardziej wysublimowanych uczuciach. Postanowienie niezrealizowane, chwilę potrwało, zanim obiekt wyleciał z głowy. A raczej został z niej wybity.

Wakacje bez większych atrakcji (właściwie bez żadnych atrakcji), spędzone w domu, tudzież w robocie i na praktykach. Zysków praktycznie nie ma, a człowiek co się natyrał to jego.

Potem przyszła jesień, ostatni rok studiów czas zacząć, i jakoś tak smutno się zrobiło. Postanowienie, że człowiek zacznie w końcu żyć. Na razie niezrealizowane, niemniej jakieś tam kroki zostały poczynione. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Poza tym brak większych osiągnięć na jakimkolwiek polu (być może niektórych ważnych rzeczy nie pamiętam, ale od czego mam tegoż bloga).

W odtwarzaczu (dzięki uprzejmości last.fm, które zarejestrowało moje muzyczne fascynacje):Florence and the Machine z płytą "Ceremonials", Feist z płytą "Metals", Editors, Interpol, i przede wszystkim ARCADE FIRE

W biblioteczce bez większych szaleństw, jednak kilka perełek się odkryło, choćby twórczość Murakamiego, Pamuka, Amelie Nothomb, Cormaca McCarthy'ego czy Palahniuka. Przyjemność z czytania ponownie odkryta.

W telewizji zdecydowany ruch. Oprócz starych dobrych znajomych z "Grey's Anatomy", odkryto choćby "Six Feet Under", "Game of Thrones" czy "Homeland", a to zaledwie wierzchołek telewizyjnych dobroci.

W kinie trochę zastój, jednak parę tytułów z "Wymykiem", "Służącymi", "Melancholią" na czele. Być może pokuszę się o osobny post jeśli chodzi o kino.

I tak to właśnie było. Jak przystało na dzieciaka (wciąż lubię tak o sobie myśleć) opętanego przez media, upłynął mi rok całkiem niepostrzeżenie. Na koniec przyniósł trochę poważnych zmartwień, miejmy nadzieję, że rozwiążą się pomyślnie.

Zostawiam Was z tą namiastką mojego małego grajdołka, mam nadzieję, że ktoś tam coś w końcu napisze - bo po liczbie wejść wnioskuję, że ktoś jednak czyta.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku życzę, pojadę trochę wyświechtanym "niech będzie lepszy niż ten miniony". Adios tymczasem!

 

23:40, spacer-po-linie
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3